Posty

Wyświetlam posty z etykietą To tylko opinia

Śmierć instant

Przeklęta mechanika. Okrutny i niesprawiedliwy morderca postaci.  Dobrze, że z czasem ludzie zmądrzeli i odrzucili uzależnienie życia i śmierci postaci od jednego rzutu. Nie ma nic gorszego, niż stracić wypieszczoną i wypacynkowaną postać, bo wylosował się efekt save or die. Chyba, że nie.  Od jakiegoś roku w odstępach tygodniowych gramy w te oesery. Tzn. ja katuję graczy, a oni dzielnie to znoszą. Początki były ciężkie. Pierwsze spotkanie z save or die wiązało się z cichym klnięciem pod nosem narażonego gracza. Mimo tego, trwałem dalej przy swoim, by zobaczyć, przekonać się, poczuć na własnej (i nie tylko własnej) skórze magię starych dedeków. W tym czasie zmądrzałem, nie wszystkie stare drogi są równie udane (nie, to nie jest wstęp do odrzucania śmierci instant), część spraw wymaga wygładzenia. Zacznę od porównania i przejdę szybko do puenty, by nie rozwlekać nadmiernie. Wyobraźcie sobie las jadowitych pająków, ale śmiertelnie jadowitych pająków. Uwielbiamy takie lasy - Hob...

Spowiedź, czyli jak najlepsze zdarzyło się poza mną

Mija rok od czasu, gdy zacząłem męczyć graczy o oesery. Kampania FATE dobiegała końca, a ja nastraszony internetowymi wieszczami (że letalne, że liczenie pierdół, że nudne postaci) z ponad miesięcznym wyprzedzeniem przygotowywałem siebie i drużynę do gry. Pierwsza sesja skończyła się TPK po godzinie. Widziałem, że miny graczy były nietęgie. Potem wraz z kolejnymi przygodami i zgonami... Nie, to nie jest tak, że śmierć postaci nic nie znaczy, po prostu oswoiliśmy się z nią. Ja również. Nie cierpię mówić graczowi czy graczce: "Nie żyjesz. Wylosuj nową postać." Na szczęście podczas tego roku powstała playlista na otarcie łez, teraz, zamiast mówić okrutne słowa, puszczamy piosenkę. Tak jest jakoś raźniej. Jednak i tak były takie momenty, gdy widziałem, że jeden czy drugi miał ochotę pieprznąć kośćmi w stół i pójść w cholerę. Cieszę się, że gram z kulturalnymi ludźmi, bo różnie mogłoby być. Z czasem gra zaczęła żyć własnym życiem i płynąć własnym rytmem. Wydaje mi się, że obecnie ...

Mechaniczny żargon w grze

I Bardzo dużo słów poświęcono ukrywaniu mechaniki przed graczami: nie używaj terminów mechanicznych, jeśli musisz, to unikaj anglojęzycznych, nie nazywaj potworów po imieniu itd. itp. Argumenty są mocne: klimat, nastrój, opowieść, bla, bla, bla... Nie wiem, dlaczego szczególnie ciężko przychodzi mi mówienie o Turach i Rundach podczas gry. To te śmieszne jednostki czasu ze starych dedeków. Zamiast konkretów owijam w bawełnę ("ok. 10 minut, kilka, kilkanaście minut, pół godziny +/- 5 minut"), by nie burzyć tego cennego klimatu. Dotychczas gracze przyjmowali to ze spokojem (w grach a la Fate może to nawet działa), teraz gdy życie ich postaci (w końcu OSR) zależy od tego, zaczynają przewracać oczami albo ja mam mroczki. Dlatego postanowiłem zerwać z dawnym obyczajem. Nie, serio! To już drugi raz, gdy się zbieram do tej zmiany - po jednej sesji mówienia konkret: 1 Tura, 2 Tury, 3 Tury[...] znowu wróciłem do starych nawyków. Teraz jednak jestem na tyle zdeterminowany, by podzielić ...

Erpegi w wielkim mieście

Obraz
Zacząłem oglądać z żoną  Sex and the City . Noisms przypomniał mi o tym serialu w  tej  notce, poza tym na filmie bawiliśmy się całkiem nieźle. Serial (na razie pierwszy sezon) jest cudownie głupiutki - płytkie postaci wpadają na siebie na ulicach albo w łóżkach niczym kry na Bałtyku, zanim świat zszedł na psy, panuje dziwna celebracja Manhattanu, jako stanu umysłu (trochę jak te wszystkie rapy o Warszawie, kogo to w ogóle?) oraz przede wszystkim: gadanie o seksie, pisanie o seksie, myślenie o seksie, penis, penisa, penisowi... Czasami jest nawet zabawnie, 25 minutowe odcinki są super, w ciągu godziny można zobaczyć prawie trzy, w dwie godziny pół sezonu, kolejne ważkie problemy życia seksualnego lat dziewięćdziesiątych zostają rozwiązane (to zdanie nie jest podbarwione kpiną; no, może ociupinę), Carrie nie zejdzie się z Bigiem, ale zejdzie się z Bigiem, ale nie zejdzie, ale zejdzie... Podczas wieczornego oglądania przez myśl nie przechodzi mi nawet jedno skojarzen...

B/X DnD to też dwie gry

W (moim) erpegowym światku kilka lat temu bardzo popularne zrobiły się te wszystkie gry low prep typu: PbtA, Fate, Hillfolk itd. itp. Wspólne tworzenie świata i bohaterów, rozbudowane sesje zero, gra oparta o postaci i ich relacje, wiecie, o czym piszę. Przed sesją siadałem sobie z kartami postaci graczy i rozmyślałem (albo nie) o nadchodzącej zabawie. Z czasem szło mi coraz lepiej: jeśli na początku rzeczywiście potrzebowałem sporo czasu na przeanalizowanie sytuacji, tak z czasem było coraz łatwiej. Dlaczego wybierałem takie gry, które łatwo można przygotować? Trochę ze względu na modę, trochę lenistwo, też dlatego, że twórcy i fani byli przekonujący - te gry działają, mówili. Podobała mi się ta koncepcja, mniej roboty dla mnie, ta sama radość przy stole. I tak mijały lata, a ja wkładałem coraz mniej wysiłku w poszczególne sesje (niekoniecznie kampanie, akurat zarys i początek gry miałem przemyślany). Aż w końcu prawie w ogóle przestałem się przygotowywać: bo jakoś to będzie, mam ws...

"DnD 5e to dwie gry"

Gdzieś w angielskiej blogosferze osrowej przeczytałem tę myśl (chciałbym napisać gdzie, mam jednak lukę w pamięci), że DnD 5e są to tak naprawdę dwie gry, jedna przy stole pomiędzy grającymi, druga bardziej osobista, pomiędzy graczem a jego postacią: przeglądanie podręcznika, planowanie rozwoju postaci, rozważanie różnych opcji, wyobrażanie sobie postaci w działaniu podczas sesji. Nieszczęsny ten, kto nigdy nie zaznał tych rozkoszy! Ta osobista gra ma wiele zalet - nie potrzeba do niej innych graczy, niecne plany MP nie druzgoczą marzeń o potędze postaci. Jest może trochę jałowa, jednak przy stole od razu widać, kto jest prawdziwym adeptem tej samotnej sztuki. Jedno spojrzenie i już wiadomo, kto ma zaplanowane cztery ruchy w walce do przodu w trzynastu różnych wariantach tematycznych w zależności od smaku piwa przy stole i ruchów przeciwników, a kto z otwartego podręcznika wybiera odpowiednią zdolność specjalną. Trochę się zagalopowałem, oczywiście, że widać, kto ma otwartą książkę...

Gnomy w burzy

Kampania LotFP idzie do przodu. Powoli odrabiam się z przygotowywania piaskownicy dla graczy, Świątynia Złych Żywiołów w wersji środkowoeuropejskiej nabiera rumieńców, pozostałe moduły, lochy i przygody powoli są rozgramiane przez graczy albo nie. 1 TPK, oprócz tego 1 trup i dwie postaci wymagające kilkudniowej rekonwalescencji. Przejście z Fate na OSR okazało się być wyjątkowo gładkie dla mnie i dla graczy, wyjąwszy pierwszą sesję przedwcześnie zakończoną zgonami (4/4). Na sesje wkradła się groza i autentyczna obawa o postać, więcej jest kombinowania i gry  w grze. Mniej zbaczania z głównego wątku spotkania (co jest dziwne, biorąc pod uwagę moją dygresyjność). Zastąpiłem pytanie "Co chcesz, żeby twoja postać osiągnęła?" na "Co robisz?". Mam poczucie, że osadza nas to bardziej w świecie przedstawionym - abstrakcyjność Fate nam (mi?!) nie służyła - zbyt wiele uwagi poświęcałem dobraniu zasad do sytuacji i jeszcze uzasadnieniu ich, a to wybijało nas z rozgrywki...

Nadmiar

Mija kolejna minuta przeglądania DriveThru w poszukiwaniu okazji, kolejny kwadrans przeskakuję z bloga na blog w poszukiwaniu tekstu, który mnie wciągnie, choć mam już 14 otwartych kart na później (znacie pewnie to "później", które nigdy nie nadchodzi), kolejny raz widzę bundle'a, którego mogę zgarnąć za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt ziko, który w zasadzie mnie nie interesuje, ale mogę przynajmniej pooglądać obrazki. Poproszę pełne menu z deserem i barem sałatkowym, gdybym miał jednak zgłodnieć. I dalej: 7 różnych pedefów otwartych, w tle, żeby nie przeszkadzały. I jeszcze dalej, tak na was patrzę, pierwsze dodatki, które w życiu kupiłem (było to ok. 10 lat temu, pamiętam, był świetny kurs dolara, 2.6 złotego polskiego za sztukę, poza tym z amazona przesyłka lepiej się kalkulowała, gdy zamawiałem cztery książki zamiast jednej. Czy ja się usprawiedliwiam?!), trzy śliczne z zielonymi okładkami. Od tamtego czasu głównie służyły za podkładkę do wypełniania kart postaci do...